
Wracając pociągiem z wojaży i widząc, jak wiele osób umila sobie podróż, scrollując Instagrama, X czy TikToka, poczułam, jak wiele dało mi odcięcie się. Nie stuprocentowe, w końcu doniesienia medialne śledziłam w miarę na bieżąco, ale jednak wystarczające, by zacząć znów myśleć w nieco innych kategoriach.
Urlop, z którego wracałam, był z jednej strony czasem odpoczynku, z drugiej — refleksji. Między tysiącami kroków, setkami zrobionych zdjęć i dziesiątkami obejrzanych dzieł sztuki, gdy wieczorne zmęczenie nie pozwalało nawet na lekturę książki, miałam czas, by spotkać się ze swoimi myślami.
Odcięta od cyberświata
Ten wyjazd był dla mnie wyjątkowy. Po raz pierwszy od kilku lat odcięłam się od maila, social mediów, całokształtu komunikacji z innymi ludźmi i skupiłam się na odpoczywaniu. Nie było to zbyt trudne, biorąc pod uwagę, że całodzienne wycieczki piesze kończyły się wieczornym koczowaniem w łóżku, a zmęczony organizm nie miał już nawet chęci na dodatkową aktywność typu logowanie w aplikacji czy sprawdzanie poczty. Zaskoczyło mnie jednak co innego: nie czułam takiej potrzeby. Jakbym wsiąkła w urlop, odpoczynek, piękną zieleń, rzeki, rzeczki i kanały, no i wybitne obrazy.
Mając przestrzeń na refleksję, mogłam też zauważyć, co się ze mną dzieje, gdy nie sprawdzam, jaki zasięg miał ostatni wpis, gdy nie muszę szybko odpisywać na komentarze, by budować widoczność własnych treści, wreszcie — gdy nie czuję wewnętrznego przymusu przekuwania refleksji na kolejne wpisy. Nic mnie nie goniło, no może poza godziną zamknięcia muzeów, które chciałam zwiedzić. Myśli płynęły swobodnie, w dowolnych kierunkach. Mogłam po prostu być, doświadczać i dawać się przemienić temu doświadczaniu.
Psujący się autopilot
Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu przez życie nawiguję na autopilocie. Najpierw przez kłopoty zdrowotne, potem przez ich odkręcanie, w międzyczasie przez trudny rynek pracy oraz inne wyzwania, które zgotowało mi życie. Ostatni rok — upływający pod znakiem programu rozwojowego, a następnie stażu — zaskoczył mnie przełomem w zdrowieniu. Jak jednak głosi stara ludowa mądrość, aby było lepiej, musiało być gorzej. Mój autopilot zaczął się psuć i przyszedł czas, by stworzyć nowe sposoby przeżywania rzeczywistości.
Konsekwencje traumatycznych zdarzeń mogą być rozciągnięte w czasie, jednak najbardziej dają o sobie znać, gdy jednostka ich doświadczająca zacznie się czuć bezpiecznie. A to właśnie poczułam, kiedy dostałam się na staż. Stażowałam więc w godzinach pracy, a po godzinach żmudnie składałam siebie na nowo z tysiąca kawałków. Ta praca trwa, a jej najważniejszym elementem jest odpoczynek.
Nie było to tak proste zadanie, jak się wydaje. Na drodze pojawiło się sporo przeszkód, między innymi to, że przez długi czas odpoczynek oznaczał powracające wspomnienia i emocje. Jednak i tę przeszkodę zdołałam pokonać. Tak więc ostatni urlop nie był już czymś na kształt mentalnej reanimacji — był wreszcie przestrzenią, by złapać głębszy oddech i zastanowić się, czego właściwie potrzebuję w życiu. Co mi wciąż sprawia frajdę, a co może zacząć ją sprawiać na nowo? I jak na to wszystko znaleźć czas?
Powrót do życia offline
Odcięcie dało mi przestrzeń, by nadrobić niektóre filmy z uniwersum Marvela, poczytać książkę o Van Goghu, zrobić czapkę na szydełku i pogapić się na cudowną architekturę niderlandzkich wsi i miast.
Od powrotu myślę tylko o tym, kiedy znów znajdę na nie czas. Poza godzinami pracy moje priorytety zaczęły przepływać od obecności w sieci i budowania widoczności do coraz większego zaangażowania w życie offline.
Jest też plan na odcięcie się. Kiedyś już zrezygnowałam z social mediów na ponad rok i był to naprawdę niesamowity czas. Przestałam skupiać się na tym, czego jeszcze nie potrafię, oraz na porównywaniu się z innymi. Zaczęłam za to więcej odpoczywać, co przełożyło się na większą chęć rozwoju i na kreatywność. I choć przyświecał mi wtedy zupełnie inny cel, to wspomnienie tamtej ożywczej energii mocno działa teraz na moją wyobraźnię. Bardzo chętnie skorzystałabym z niej znowu.
Najbliższe tygodnie będą ciekawe — upłyną na ocenie, z jakich mediów chcę zrezygnować, a gdzie wciąż będzie konieczne zaglądanie choć raz na jakiś czas. Które konta mogę czasowo zdezaktywować, a które będą „wisiały” do mojego powrotu? Wyzwań nie zabraknie — nawyk zerkania, co w socialowej trawie piszczy, jest silny.
Jednocześnie nie mogę się doczekać podjęcia tego wyzwania. Myślę, że zredukowanie własnej obecności w sieci to kolejny element tej samej pracy — wstęp do pytania, w jaki sposób chcę żyć i na jakich zasadach chcę być w świecie, który tak szybko się zmienia.
