
Niedawno znów stanęłam na scenie. W trakcie wystąpienia poczułam coś, czego wcześniej nie znałam — głębokie zwątpienie w to, czy to, co mówię, ma w ogóle sens. Wystąpienia publiczne nigdy nie były dla mnie problemem, a tu od jakiegoś czasu narastała we mnie wątpliwość, która przekładała się na bezsenne lub kiepsko przespane noce przed kolejnym wyjściem do ludzi.
Po którymś takim wystąpieniu zorientowałam się, że od dawna niczego nie publikowałam — ani w social mediach, ani na blogu. Cichym postanowieniem na ten rok było pisać jeden wpis tygodniowo. Życie napisało inny scenariusz, a ja zaczęłam zadawać sobie pytanie: co właściwie dzieje się z moim głosem? Czemu jest mnie coraz mniej?
Szybkie zmiany priorytetów
Ostatnie miesiące były serią szybkich zmian priorytetów. Zeszłoroczne wakacje i rekrutacje zaowocowały na jesieni i zimą udziałem w dwóch programach Code First Girls: +Masters, w trakcie którego zaczęłam uczyć się Javy, oraz Mid Level Accelerator, mający pomóc w rozwoju kompetencji przydatnych na stanowisku mid developera. Zanim się zaczęły, ktoś zadał mi pytanie: jak znajdę na to wszystko czas?
Myślałam wtedy, że będzie jak zwykle — poświęcę trochę czasu po freelancerskiej pracy na naukę i wystarczy. Gdy program ruszył, "trochę" zmieniło się w "dużo", a potem w "bardzo dużo". Siłą rozpędu ciągnęłam różne aktywności, myślałam o nowych celach, a jednocześnie coraz częściej zastanawiałam się, czy moje działania mają jakikolwiek sens.
Po ukończeniu programu świat przyspieszył jeszcze bardziej. Zaaplikowałam do INCO Academy, chcąc zdobyć pierwszy certyfikat z cyberbezpieczeństwa. A potem, znienacka, pojawiła się szansa na staż w Bayerze. Priorytetem stała się praca na projekcie, a po godzinach — certyfikat.
Zanim moja sytuacja zawodowa zmieniła się byłam niejako w rozkroku. Z jednej strony wciąż rozwijałam się jako programistka. Z drugiej coraz poważniej myślałam o alternatywach: o próbie wejścia do cybersecurity albo wręcz o rezygnacji z marzenia o IT i "zaczepieniu się gdziekolwiek", byle nie utknąć w nieciekawymegzystencjalnie miejscu, w którym byłam. Telefon z informacją o przyjęciu na staż wywrócił z dnia na dzień wszystkie wcześniejsze ustalenia. Po co próbować pisać na stronę, nagrywać podcast, publikować na LinkedIn, gdy zaczyna to kosztować zbyt dużo energii, a właśnie pojawiła się propozycja, która jest przysłowiowym game changerem? Trzeba odpocząć, nabrać sił, a potem zaangażować się.
Zwątpienie w ciszy
Myślę jednak, że gdyby mi naprawdę zależało, znalazłabym czas, by pisać, prowadzić bloga, nagrać podcast. Nawet mimo pustki w głowie, o której nieporadnie pisałam w marcu. Czytając dziś tamten wpis, widzę próbę wytłumaczenia braku aktywności. A przecież wtedy jeszcze nie wiedziałam, że moje życie przejdzie solidne przemeblowanie. Choć już czułam, że mam coraz mniej przestrzeni na tworzenie.
Swoją twórczą niepłodność przypisywałam przeciążeniu nauką, ogólnemu zmęczeniu, może nawet zbliżaniu się do wypalenia. Na pewno zmęczenie nie pomagało, a dbanie o odpoczynek nie zaszkodziło.
Potem zauważyłam, że mam więcej energii, odnalazłam się na stażu, ukończyłam certyfikat. Mam głowę pełną pomysłów, spisuję je, tworzę szkice — ale nie mogę zacząć pisać. Tak samo, jak tygodniami nie mogłam się przełamać, by usiąść do maszyny do szycia i coś uszyć.
Dopiero teraz widzę, że zmęczenie, choć istotne, nie było najważniejszym elementem układanki. Było nim rosnące przekonanie, że to, co mam do powiedzenia, nie jest na tyle ważne, by przelać to na elektroniczny papier. W ciszy codziennych zmagań straciłam swój głos. Wkradło się zwątpienie wynikające emocji towarzyszących wcześniejszym doświadczeniom setek wysłanych CV bez odpowiedzi, dziesiątek odmów, procesów rekrutacyjnych, które nie kończyły się zatrudnieniem. Zniechęcenie, jakie przynosiły kończące się projekty i organiczna niechęć do szukania kolejnego freelancerskiego punktu zaczepienia. A potem kolejnego.
Zwątpienie w moc mojego głosu było objawem czegoś większego — pełzającej wątpliwości, czy IT jest rzeczywiście drogą dla mnie. Ostatnie trzy lata wiele mnie nauczyły, ale były na tyle trudnym czasem, że nawet mając w głowie pomysły, jak mogłabym się dalej rozwijać, nie widziałam już w tym sensu.
Jedna z zasad TSR mówi: "jeśli coś nie działa, rób coś innego". Jeśli mój głos niczego nie zmieniał, czy był sens, by dalej mówić? Czy moja historia — przeplatana zmaganiami i nudną codziennością, okraszona niepewnością co dalej — w ogóle warta jest opowiadania?
Między celem a procesem
Czytam teraz "Atomowe nawyki" Jamesa Cleara. W pierwszym rozdziale pisze on o różnicy między celem a procesem — i o tym, że na to, by praca przełożyła się na efekty, często trzeba dłużej poczekać. Małe decyzje sumują się i w pewnym momencie przekładają na większą zmianę.
Gdybym przeczytała tę książkę kilka lat temu, pewnie inaczej spojrzałabym na ten trudny, "bezowocny" czas, kiedy moja wiedza i umiejętności rosły, ale nie dawało to przełożenia na widoczną zmianę. Wtedy czułam głównie narastającą frustrację, przeplataną drobnymi sukcesami, które dawały siłę — ale nie na tyle, by ze spokojem znosić codzienne zmagania.
Sporo osób gratuluje mi rozpoczęcia stażu i jest to miłe. Czuję jednak, że na gratulacje zasługuje nie sam fakt, że mogę o sobie powiedzieć "stażystka na stanowisku inżynier oprogramowania", lecz to, że przez 4,5 roku — najpierw 1,5 roku w startupie, a potem 3 lata jako freelancerka — pracowałam na ten moment. Konsekwentnie. Krok po kroku.
Odzyskać głos
Jedna z lekcji tego czasu brzmi: jeśli traktujesz swój głos jako narzędzie, które przy odpowiednim budowaniu marki osobistej przyniesie ci pracę, możesz mocno się zdziwić. To przywilej nielicznych influencerów, których historie niosą się szerokim echem. Widoczność jest ważna — ale równie ważne jest wiele innych rzeczy, które składają się na to, że można być wziętym pod uwagę jako poważny kandydat czy kandydatka.
Mi wydawało się, że gdy będę mówić, pisać, występować, nagrywać — zostanę usłyszana. Że gdy odpowiednio wyeksponuję swoje doświadczenie, użyję właściwych słów, zostanę zauważona. A gdy to nie przynosiło efektów, zamilkłam.
Teraz, czując, że moja praca wreszcie przyniosła owoce, z których jestem naprawdę dumna, zaczynam widzieć szerszą perspektywę. Mogę wrócić do mówienia swoim głosem — ale przestaje on być narzędziem do osiągnięcia celu. Staje się elementem drogi.
Nie chcę używać głosu, by być widoczna. Nie chcę go używać na siłę, bo "tak trzeba". Chcę przekazywać to, co jest dla mnie ważne. Chcę dać sobie prawo do mówienia swojej historii i dzielenia się tym, czym chcę się dzielić — nie tym, czym muszę lub powinnam, by osiągnąć mityczny cel.
Ciężko dawać sobie prawo do głosu, gdy traktuje się go instrumentalnie. W pewnym momencie można się mocno zniechęcić, może wręcz wypalić. Jeśli jednak w środku dam sobie prawo do tego, by być, by mieć swój głos w świecie — nawet jeśli tylko ja go słyszę — głos przestaje być narzędziem do wykorzystania, a staje się częścią mojej historii.
Dając sobie prawo do głosu, daję też prawo innym do jego usłyszenia. Cała opowieść przestaje być historią o celu, jakim jest popełnienie 52 wpisów w ciągu roku albo budowanie marki osobistej przez prowadzenie bloga. Staje się odpowiedzią na wewnętrzną potrzebę i częścią procesu stawania się. A taki głos, moim zdaniem, jest o wiele ciekawszy do usłyszenia. I o wiele milszy w mówieniu i pisaniu.
Nie wiem, co się stanie, gdy następnym razem stanę na scenie. Mam jednak nadzieję, że będę miała z tego przynajmniej tyle samo radości, jak z pisania tego wpisu.
Post Scriptum
Wpis czekał na ostatnie, kosmetyczne poprawki, gdy stanęłam w obliczu czegoś, co wręcz dopominało się o zabranie głosu.
Sytuacja jest złożona, dość powiedzieć, że ustalenia i oczekiwania zmieniają się płynnie, a ja od miesięcy mam rosnące poczucie bezradności przeradzającej się obecnie w bezsilność. Bolesną, tkliwą, paraliżującą bezsilność.
Pokusa wyboru strategii milczenia była ogromna. Jednak tym razem niemożliwe już było dla mnie zignorowanie potwornego fizycznego bólu, będącego efektem spięcia mięśni klatki piersiowej. Wiedziałam, co następuje potem — kolejne bezsenne noce, momenty pozornej ulgi, gdy nawet przysnę, po których wybudzam się z męczącego snu. Podświadomość w ten sposób próbuje sobie poradzić z nieprzyjemnymi bądź jesokolicznościami. A potem następują dni, kiedy snuję się jak zombie i próbuję przetrwać.
Tym razem zabrałam głos.
Lęk magicznie nie zniknął. Nie przespałam o wiele lepiej ostatniej nocy. Było jednak trochę lżej. Mam mniej ściśnięte gardło i czuję, że nawet jeśli nie mogę nic zrobić, to mogę wyrazić swoją opinię.
Może mój głos nie będzie miał znaczenia dla innych. Jednak sam fakt, że nie milczałam, daje dużo otuchy. To mały krok. Ale bez małych kroków nie da się myśleć o dalekich podróżach.
