Nowy rok, stara ja

Kolejny rok minął, kolejny się zaczyna. W tych pierwszych tygodniach aż strach będzie czy to wejść na jakikolwiek portal społecznościowy, czy to czytać newslettery, czy też wybrać się zwyczajnie na basen czy na siłownię. Przez internet przetoczy się fala noworocznych postanowień, a na tej fali wiele osób postanowi coś zrobić na nowo - zbudować nowy nawyk, zacząć nowe działania, zaplanować coś innego.
Kiedyś próbowałam nawet załapać się na tę falę. Tworzyłam plany. Marzyłam, by być częścią tego ruchu. W tym roku chcę tylko jednego - uciec od presji tworzenia sobie noworocznych celów. I to rzeczywiście uciec, a nie kontestować w tekście noworoczne postanowienia by samej, po cichu, próbować wyrzeźbić listę własnych celów na ten rok.
Ewolucja w postrzeganiu noworocznych postanowień
Przeglądając wcześniejsze wpisy blogowe zobaczyłam, na jak wiele różnych sposobów już próbowałam rozpracować temat postanowień. Kiedyś planowałam stworzyć wyzwanie według schematu: 365 - 52 - 12 - 4. Przez 365 dni chciałam wykonywać jakiś mały nawyk, np. tworzyć dziennik wdzięczności, przeczytać 52 książki i obejrzeć 12 filmów będących klasyką kina ("Siódma pieczęć" i tym podobne), oraz nauczyć się piec 4 nowe ciasta (jedno na kwartał). Plan zazwyczaj kończył się fiaskiem jeszcze w styczniu. Dopiero ostatnie lata i odkrycie mojej neuroróżnorodności pozwoliło mi zrozumieć, czemu tak jest. Zanim jednak do tego doszło, przeżyłam już nie raz presję tworzenia noworocznych celów i rozczarowanie z powodu ich nie zrealizowania.
Gdy stwierdziłam, że takie podejście średnio ma sens, kilka lat temu zaczęłam pisać o noworocznych celach już inaczej:
Zaczął się nowy rok i w opinii wielu osób wypadałoby rozpocząć go mając w zanadrzu noworoczne postanowienia. Kiedy o tym słyszę, czuję, jak skręcam się w środku. To skręcanie w środku to mieszanina złości, jakiegoś żalu, niechęci, może trochę przekory. Oraz chęci, żeby jakoś zrzucić z siebie tę konieczność robienia czegoś, co nie kojarzy mi się dobrze. (za: Noworoczne postanowienia)
W owym czasie odkrywałam, jak często realizuję cele narzucone przez innych: rodzinę, znajomych, trendy, okoliczności. Wtedy myślałam, że chcę się po prostu dopasować, że nie potrafię stawiać granic. Dziś widzę, że brakowało mi wtedy również pomysłu na siebie, co sprawiało, że zamiast realizować cele własne, realizowałam cele, które przynosiło życie. Reagowałam na zdarzenia, zamiast na nie proaktywnie wpływać.
A jakie przynosiło to efekty? O, takie właśnie:
Ostatnie dni grudnia upływają mi zazwyczaj w atmosferze pewnego niepokoju. Ciągnie mnie do tego, by usiąść i coś zaplanować. Wymyślić coś, co mogłabym zrobić dla siebie w nowym roku. Tradycyjnie wymawiam się zmęczeniem świątecznym i budzę się pierwszego stycznia, nie mając pomysłu na to, co dalej. Konstruuję więc coś naprędce, a potem przeżywam zawód związany z niezrealizowaniem celów. (za: Noworoczne postanowienia)
Później, w niedokończonym wpisie sprzed roku, pisałam z rozgoryczeniem:
Nie ma żadnego "nowy rok, nowa ja", choć jest trochę planowania, by ujarzmić choć trochę chaos. Uzupełniam kalendarz, planuję działania na najbliższy kwartał i mam tylko nadzieję, że jakoś przetrwam pierwsze tygodnie roku.
W końcu to jest "idealny" czas, by wprowadzić zmiany, więc... wszelkie miejsca, do których poszukiwacze zmiany "nie od święta" zapisali się w starym roku, bez fajerwerków, chcąc zmiany w życiu dla samej zmiany teraz będą zapełnione ludźmi, którzy czekają na specjalną datę, by coś w życiu zmienić. Co dla części osób statystycznie ma prawo się zakończyć sukcesem.
Chodząc regularnie na basen, w okresie po nowym roku z trudem zniosłam krótkotrwałe, ale jednak, oblężenie pływalni. Nie znalazłam na tamten moment alternatywnych uzasadnień; sam tłum dał mi w kość i sprawił, że przez jakiś czas po prostu źle się czułam na pływalni. To z kolei wpłynęło na moje jeszcze bardziej negatywne postrzeganie przełomu roku.
Teraz, mądrzejsza o wcześniejsze doświadczenia, mam zamiar zaplanować pierwszy miesiąc lub dwa - w zależności od tego, kiedy będę chciała, już bez presji noworocznej, rozpocząć kwartał zaplanowanych działań.
Różne drogi do celu
Lata temu na zajęciach z psychologii siły woli prowadzący przedstawił nam badania, według których jakieś, jeśli dobrze pamiętam, pi razy oko 30% osób (różnie w zależności od badań i od rodzaju postanowienia) będzie w stanie wytrwać przy stawianych sobie celach i wprowadzi pożądane zmiany. To dosć mało, a zarazem sporo. Niezależnie od tego, jak ten procent kształtuje się w nowszych badaniach - ci, co dadzą radę, będą się cieszyć, że dali radę, reszta ma szansę zdobyć bezcenne doświadczenie, by - jeśli poddadzą swoje działania refleksji - budować podwaliny dla mniej efektownej, a bardziej efektywnej zmiany w przyszłości. A czątka - tak jak ja - nauczona doświadczeniem już nie będzie próbować czegoś, co nie działa.
Oczywiście, na marginesie rozważań pozostają Ci, którzy postanowień noworocznych w ogóle nie czynią. Czy to dobrze, czy nie dobrze? To zależy od kontekstu. Człowiek poukładany nie będzie potrzebował postanowień. Człowiek czynu i tak już działa. Człowiek zmęczony życiem ma inne sprawy na głowie, niż noworoczne postanowienia.
Przez długi czas myślałam, że podstawą takiego planowania jest dobrze określony cel, który można sformułować z pomocą np. modelu SMART. Myślałam, że motywację można zapewnić sobie albo uporczywym codziennym działaniem i budowaniem konsekwencji, albo głębokim przemyśleniem, czego w życiu potrzebuję, dokąd chcę iść, i co mnie do celu zbliży. Potem zaczęłam planować uwzględniając to, czy mam na coś energię (w miejsce uwzględniania, czy mam na coś czas), co sprawdziło mi się w określaniu celów krótkoterminowych, ale wciąż nie pomogło planować całego roku z góry.
Potem zorientowałam się, że jeśli nawet moim celem jest coś zmienić w przeciągu roku - skończyć jakiś kurs, bootcamp, nauczyć się Javy i niebiosa wiedzą jeszcze co - wcale nie muszę się ograniczać do tej czy innej jednostki czasu. Nie muszę planować celów na rok. Mogę dostosować swoje planowanie do tego, jak funkcjonuję jako osoba neuroróżnorodna, uwzględniając pewne przeciwności wynikające z tej neuroróżnorodności.
Zrozumienie, że mogę mieć inaczej - i jest to okej było dla mnie kluczowe, by odkryć coś jeszcze ważniejszego niż wszelkie plany i postanowienia razem wzięte.
Planowanie tego, czego się nie planuje
Z każdej strony słyszę o planowaniu celów w pracy, o samorozwoju, o ćwiczeniach (fizycznych, oddechowych, psychologicznych), o setkach innych dobrych celów. Jednak, by planować takie cele, potrzebne jest coś fundamentalnego: zasoby do ich realizacji.
Kiedy zabrałam się za budowanie nowych nawyków związanych z higieną cyfrową zauważyłam, że trudno mi jest ograniczyć ilość wejść na social media w ciągu dnia. Tak, czas się skrócił znacząco, jednak wciąż odruchowo zaglądałam, raz częściej, raz rzadziej, a czasem nawet co pięć minut. Przez długi czas zrzucałam to na karb mojej niekonsekwencji w tym temacie. Byłam gotowa metaforycznie dokręcić śrubę, byle tylko pozbyć się tego nawyku.
Otrzeźwienie przyszło, gdy tuż przed świętami ledwo byłam w stanie wykonać zadanie z kodowania w ramach bootcampu. To nie było nic skomplikowanego, ale moje ciało odmawiało pojawienia się na fotelu przed biurkiem, a głowa szalała nie mogąc się skupić na tym, jakie potrawy powinnam zrobić na wigilijne spotkanie, a co dopiero na domknięciu prac przed świętami.
Budując nowe nawyki zadbałam o całą intelektualną otoczkę - wiedziałam co robię, czemu to robię, co chcę osiągnąć. Moja głowa była gotowa na wyzwanie. Jednak zmęczone ciało domagało się uwagi, i znalazło na to dwa sposoby. Pierwszy - łapiąc wszelkie dostępne w moim otoczeniu wirusy i próbując mnie kłaść do łóżka. I drugi - dając mi sygnał, że coś się przyblokowało w innej części tej skomplikowanej maszynerii i praca z myślami nie wystarczy - czyli nie pozwalając na pozbycie się wkurzającego nawyku sprawdzania sociali. Nawyk słabł, gdy byłam bardziej wypoczęta, i nasilał się, gdy nasilało się zmęczenie.
Posiadałam zasoby intelektualne, ale zabrakło zasobów na poziomie fizycznym. Choć zaczęłam się wysypiać, to najwyraźniej zabrakło innych zasobów, które pomagają w regeneracji i lepszym realizowaniu celów nakreślanych przez głowę.
I tak stanęłam na progu roku 2026 wiedząc, że planowanie celów może i jest ważne, jednak ja potrzebuję uwzględnić coś, czego zazwyczaj się nie planuje - odbudowę zasobów koniecznych do planowania.
Naładowane akumulatory lepiej działają
Kiedy nie działa jakieś urządzenie zazwyczaj sprawdzam, czy jest podłączone do prądu, pomna na techniczną interpretację jednego z praw Murphy'ego - jeśli dane urządzenie nie działa, włóż wtyczkę do kontaktu. To samo tyczy się zasobów, które posiadamy, lub których nam brakuje - jeśli ich brakuje, to należy zadbać o ich odnowienie. Prawidło to jest znane pod postacią powiedzenia: "samochód bez benzyny daleko nie zajedzie", jednak to ostatnie ma swoje ograniczenia.
Benzyna może być w baku lub może jej zabraknąć. Akumulator, nawet mając mało energii, wciąż może działać - choć gorzej, niż po naładowaniu na 100%. I nawet wiedząc, że tej energii jest wciąż mniej i mniej wciąż ciężko przewidzieć, kiedy jej zabraknie - a ludzka psychika ma sporą kreatywność, jeśli chodzi o oszczędzanie energii czy jej ładowanie w mniej efektywny, ale jednak podtrzymujący jakiś poziom naładowania sposób. Nie wspominając o tym, że to właśnie akumulatorki mogą nas zaskoczyć tym, że po kilku godzinach czy kilku dniach znajdzie się w nich jeszcze trochę energii choć wydawało się, że są już całkowicie rozładowane.
Dlatego też tak trudno jest czasem zdać sobie sprawę z tego, że nasze mentalne akumulatory są na granicy rozładowania. W końcu sen, dobry film i kąpiel podładowują je nieco, podobnie, jak spokojniejszy dzień w pracy. Może więc nie ma powodu do obaw? W ten sposób można długo działać na obliżonym poziomie energii, nawet się do tego przyzwyczaić. Cały system rozsypuje się jednak, gdy życie postawi nas przed wyzwaniami, przy których takie szczątkowe naładowanie akumulatorów nie wystarczy.
Zasadniczo naładowane akumulatory działają lepiej. A żeby je naładować, potrzeba świadomego wysiłku, obrania sobie za cel ich naładowania i konsekwencji w działaniu. To zaś pomoże - pośrednio - realizować inne cele.
Sztuka odpoczynku
Moim "celem - nie celem" na najbliższy czas jest więc zadbanie o rzeczy podstawowe. O to, by się mniej denerwować, a więcej relaksować. By zadbać o układ nerwowy, o jego właściwą regulację - co sprzyja ładowaniu cielesnych i mentalnych akumulatorów. Oczywiście moja przekorna dusza już mnie dźga pod żebrami, że jeszcze chciałabym w tym roku opublikować 52 posty na blogu... I tak, jestem gotowa znów rzucić się w bój.
Sztuką więc będzie i relaksacja, i zadbanie o neuroatypowy umysł, który chętnie będzie pędził do przodu na złamanie karku - by się zbyt szybko tematem nie znudził. Sztuką będzie taki odpoczynek, którego się nie monetyzuje, nie pokazuje w social mediach, nie chwali się nim innym, słowem - zwykły, może czasem nudny, odpoczynek. Bez presji, bez oczekiwań, bez stawiania sobie celów odpoczynkowych. Nastawiony na proces, a nie na cel, choć pomagający dążyć do pewnych celów.
