Bitwa o CV. Gotowość bojowa do szukania pracy

z-zycia-programisty

Ostatnio właśnie po raz n-ty zmieniam CV. I nie chodzi mi o kosmetyczne poprawki typu dopisanie projektu czy zmiana daty. Mówię o kompletnym przepisaniu CV. Tym razem – już na własne życzenie.

Kiedy zaczynałam pracę w IT miałam bardzo proste, by nie rzec – siermiężne CV. Jeden kolega dał info zwrotne, drugi kolega dał info zwrotne. Poszło. Rynek wtedy chłonął takie żuczki jak ja – nawet świeżo po zmianie branży i z niewielkim doświadczeniem.

Miało to swoje plusy. Zdobyłam pierwsze zawodowe doświadczenie, mogłam choć trochę nacieszyć się etatem i poznać specyfikę pracy i w branży IT, i w startupie. Minus był jeden, ale taki, z którego lekcję odrabiam do dziś.

Dostałam pracę niemalże pod nos. Nie musiałam zastanawiać się, jak budować markę osobistą, jak rozwijać się, by dostać pracę, jak zrobić wystarczająco dobre CV. Nie musiałam nauczyć się oddzielać fakt wysyłania CV od postrzegania siebie jako człowieka. Ot, znalazłam pracę w 8 tygodni. Kolejna historia sukcesu.

Zderzenie z rzeczywistością

W momencie, gdy cały dział, w którym pracowałam, dostał informację o likwidacji, finiszowałam z bootcampem, więc wydawało się, że choć nie jestem gotowa na nagłą zmianę pracy, jakoś sobie poradzę. Zaczęłam działać mając z tyłu głowy dwa cele: ciągłość programistycznej pracy oraz szukanie etatu.

Ciągłość pracy zapewnił mi freelancing, którego nie lubię, który jednak dał mi przestrzeń nauczenia się współpracy z różnymi klientami i nauczenia się sporo o tworzeniu stron nie tylko dla soloprzedsiębiorców, lecz także dla małych i średnich biznesów. Czas „wolny” od zleceń przeznaczam nieustająco na naukę, a ostatnio znów na pisanie swoich projektów (czego ta strona jest dowodem). I tu powoli budowana marka osobista zaczęła okazjonalnie procentować – bez szaleństw, ale na tyle, że mam się czym pochwalić w portfolio. Freelancing ma swoje plusy i minusy, nie zmienia to jednak faktu, że – uwzględniając okoliczności – plan zrealizowałam całkiem dobrze.

Jeśli chodzi o szukanie etatu, to tu już tak „lekko” nie było. I nie jest. Przez te prawie dwa lata odrabiałam i wciąż odrabiam lekcje, którymi nigdy w życiu nie musiałam się zajmować. Nie, nie było lekko. Wciąż nie jest, wciąż mam jakieś zadania domowe do oddania, a życie ciągle mówi: „sprawdzam”.

Dlatego dziś postanowiłam zebrać część tych doświadczeń i podzielić się nimi w formie kilku „życiowych lekcji”.

Lekcja pierwsza – czego właściwie chcę?

Pierwsza odpowiedź, która pojawia się w głowie, to: „pracy”. Druga: „jakiejkolwiek pracy”. Początkowo nie myślałam o kompromisach, potem byłam gotowa na daleko idące kompromisy – byle pracę znaleźć. Akurat trafiłam na moment, gdy rynek pracy z dnia na dzień robił się coraz trudniejszy. Miotałam się więc między nadzieją, rozpaczą a wiadomościami prywatnymi z błaganiem o pomoc.

I z jednej strony, biorąc pod uwagę okoliczności, nie dziwię się sobie. Subiektywnie byłam w czarnej dziurze i szukałam najszybszego sposobu, by z niej wyjść. Trwające leczenie onkologiczne nie sprzyjało pokonywaniu kolejnych trudności. Co przykre, zbyt często spotykałam się z brakiem zrozumienia, a czasem wręcz z pretensjami, gdy tłumaczyłam swoją sytuację. Na szczęście nie zabrakło ludzi, dzięki których wsparciu mogłam utrzymywać się na powierzchni.

Z drugiej jednak strony, brak pomysłu na siebie również nie pomagał. A ten przyszedł z czasem, jako owoc przeglądania ofert i aplikowania, rozmów z programistami, własnych refleksji, projektów, które robiłam, konferencji, na które jeździłam jako prelegent.

Dopiero nagromadzenie pewnych doświadczeń pozwoliło mi określić cel. Lubię frontend, natomiast mam w sobie otwartość, by pójść w stronę fullstack / backend. Choć ciągnie mnie do cybersecurity, mam na ten moment zbyt duże braki (chociażby właśnie w wiedzy dotyczącej backendu), by próbować. WordPressa lubię, natomiast nie wiążę z nim już programistycznej przyszłości, choć – jeśli życie przyniesie jakąś miłą niespodziankę – nie jestem zamknięta na powrót. Na ten moment wygrywa React, Vite, TypeScript, JavaScript i Python, do których – jak zrobię sobie powtórkę z Reacta – pewnie dorzucę NodeJS.

Odrobienie tej lekcji możliwe było jednak dzięki temu, że miałam na to trochę czasu.

Lekcja druga – ile mam czasu?

Jest takie powiedzenie – czas to pieniądz. Jednak w kontekście szukania pracy właściwe stwierdzenie brzmi: pieniądz to czas. To właśnie ilość środków do życia i inne, dostępne zasoby określają często, ile mamy czasu na różne działania.

Kiedy myślałam o tym, by się chwycić jakiejkolwiek pracy, byłam gotowa pracować na takich stanowiskach, na których raczej bym się nie odnalazła (z pracą nauczyciela, scrum mastera czy analityka danych włącznie). I gdybym tkwiła w lęku, że inaczej się nie da, to pewnie poszłabym tamtą drogą. Być może zgłosiłabym się do urzędu pracy, choć doświadczenia osób, które to zrobiły, nie napawają optymizmem.

Znów, kłopoty zdrowotne nie pomogły. Dlatego też, po szczerej rozmowie z bliskimi, podzieliliśmy się kosztami. Mój freelancing, plus założona w ramach funkacji Alivia zbiórka na leczenie po leczeniu, a także ogromne wsparcie bliskich wciąż przesuwa tę granicę, za którą jest konieczność podjęcia pracy „na wczoraj”. PS, wciąż zbieram środki na leczenie, więc jeśli masz chęć dorzucić się to jest taka możliwość 😉

Miałam na tej drodze swoje trudne decyzje. Szczególnie decyzja o zbiórce była ciężka. Jednak to wszystko sprawia, że wciąż mam jeszcze trochę czasu w zapasie. Każdy projekt, który przynosi mi niewielkie, ale jednak pieniądze, każdy miesiąc wsparcia przekłada się na konkretny czas nauki, pracy, zdrowienia, odbudowywania pewności siebie.

Regularnie jednak wracam do pytania – ile mam czasu? Sytuacja bywa dynamiczna. Trzeba wiedzieć, ile przestrzeni do manewrowania dają nam nasze zasoby, by wiedzieć, jak planować działania i kiedy reagować inaczej.

Taka wiedza daje jeszcze jedno – możliwość zaopiekowania emocji, nie zawsze przyjaznych, które mogą się pojawić, gdy pracy brak i nie widać nadziei na szybkie zmiany. Oczywiście, życie bywa nieprzewidywalne. Jednocześnie jednak widzę po sobie, że niezaopiekowana panika, strach, przerażenie, obawy i inne średnio przyjazne stany nie sprzyjają nauce i szukaniu rozwiązań – a wiele z tych emocji czy stanów nie ma żadnego związku z nieprzewidywalnością życia, raczej z moimi negatywnymi scenariuszami.

Lekcja trzecia – jakie mam priorytety?

Dopóki nie zaczęłam wychodzić częściej z domu nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo było ze mną kiepsko wcześniej. Może to i lepiej – gdybym kilka miesięcy temu widziała to, co widzę dzisiaj, pewnie bym się załamała. Niech o skali zmian świadczy to, że jeszcze rok temu potrafiłam wychodzić z domu raz na tydzień / raz na dwa tygodnie, a teraz wychodzę średnio przynajmniej przez 4 dni w tygodniu, aż do rekordowych 6 w ostatnim czasie!

Takie „zdrowienie” wymaga jednak czasu i zajęcia się czymś w „międzyczasie”, by nie zwariować od ogromu sytuacji i myśli, w których mogę powiedzieć tylko: „sorry, nie jestem w stanie”. Stąd skupienie na nauce, pracy gdy wpadnie zlecenie i regularne testowanie, czy emocjonalnie jestem już w stanie udźwignąć szukanie pracy.

Nie od razu wiedziałam, jak określać priorytety. Początkowo wszystko podporządkowane było szukaniu pracy. Potem okazało się, że takie postawienie sprawy przypomina walenie głową w mur. Popłynęłam w stronę łączenia pracy z nauką. W międzyczasie dotarło do mnie, że potrzebuję w tym procesie skupić się na nauce odpoczynku. Potem – na odzyskiwaniu zdrowia. Następnie – nad pracą nad swoją głową i nad tym, w jaki sposób postrzegam rzeczywistość.

To wszystko prowadzi mnie do szukania pracy, natomiast nie jest „oczywistym” czy „pierwszym” wyborem. Jest budowaniem fundamentów, by szukanie pracy było szukaniem pracy przez gotowego na nowe wyzwania człowieka, a nie błagalnym lamentem kogoś, kto się rozpada na kawałki.

I gdzie w tym wszystkim to CV?!

Pierwsza wersja mojego nowego CV jest gotowa. I jest zrobiona tak, by zawierać istotne informacje we w miarę schludnej formie. Na razie ma dwie strony, ostatecznie pewnie będzie mieć trzy. Jest wystarczająco dobra, by szukać pracy.

Przez wiele miesięcy przepisywałam CV na nowo i goniłam za przepisem na sukces, mając nadzieję, że trafię na człowieka, który powie mi, jak je zrobić tak, by odnieść sukces. Z czasem zauważyłam, że:

  • ilu rekruterów, tyle opinii, jeśli chodzi o treść i formę

  • większe firmy mają swoje preferencje, ale dopóki nie znam dobrze kontekstu to szanse na to, że odkryję, jak wbić się w klucz są małe

  • moją szansą jest postawić na takie CV, które mówi o mnie, a nie o tym, jak mi się wydaje że powinno mówić o mnie by wybić się wśród kandydatów.

Przestaje mnie bawić gruntowne przerabianie CV średnio co pół roku, by zadowolić kolejnego bardziej lub mniej wykwalifikowanego recenzenta. I choć jestem za ten cały feedback wdzięczna to myślę sobie, że więcej wglądu w to, jakie ma być to CV, dała mi droga, którą przeszłam, i wyciągnięte z niej wnioski. Reszta to kwestia formy, a ta ma swoje punkty kluczowe (np. lepiej nie wrzucać selfie z WC do CV), ale i sporo przestrzeni do interpretacji (umiejętności w kolumnie bocznej czy pod doświadczeniem?).

Nie zrozum mnie źle – wiele wskazówek ma sens. Podobnie, jak przeczytanie kilku tekstów o tym, jak stworzyć dobre CV, obejrzenie jakiegoś webinaru czy czasem sięgnięcie po pomoc kogoś, z kim można skonsultować temat. Czasem kilku osób, by wyłapać różne rekruterskie smaczki. To wszystko jednak to są narzędzia, które mogą prowadzić do celu lub odrywać od pracy na rzecz celu, bo ktoś powiedział, że to CV nadaje się do niczego.

To, co ostatecznie się liczy, to nie subiektywna ocena CV tylko to, czy znajdziesz dzięki niemu pracę. A w określeniu tego, co Ci może w tym pomóc, nie pomoże samo dopieszczanie CV, tylko poznanie siebie, spotkanie z rzeczywistością, odrabianie lekcji, które stawia przed Tobą życie. To właśnie to pozwoli dobrać właściwe środki do celu, a nie skupiać się na dyskusjach, które narzędzie jest lepsze w oderwaniu od tego, kto dane narzędzie wykorzystuje.

Skupienie na znalezieniu narzędzia idealnego będzie motorem do ciągłego poprawiania i cyzelowania narzędzia, które jest jedynie narzędziem, a nie mitycznym game changerem, który momentalnie zaprowadzi Cię do celu. Zmiana myślenia niesie za to szansę, że – gdy przyjdzie na to czas – będziesz wiedzieć, jakie narzędzie wykorzystać i do czego, z zyskiem dla Ciebie.