psychologiacyberpsychologiahigiena cyfrowaherbatka ze smokiemNTHW

Ten post jest częścią podcastu "Herbatka ze smokiem" tworzonego dla Not The Hidden Wiki..

Średniowiecze. Czas odważnych rycerzy i pięknych księżniczek. Czas zamków, uczt, rycerskich romansów. Czas rozwoju stylu romańskiego i mojego ukochanego stylu gotyckiego. Czas, kiedy ludzie żyli w zgodzie z naturą i blisko tej natury, a życie codzienne toczyło się w sporej zażyłości z rodziną... dominująca religia objaśniała świat, ale nie brakowało wiary w różne mniej lub bardziej nadprzyrodzone zdarzenia. Obok historii o zjedzonym przez myszy Popielu beztrosko żyła pamięć o smoku wawelskim, a także historia o biskupie Stanisławie, którego poćwiartowane ciało w cudowny sposób miało się zrosnąć - Co za czasy! Można do nich tęsknić, prawda?

Czasem chcielibyśmy przenieść się do przeszłości, do tych "lepszych" czasów, w których nie było takiego pędu, zagubienia, niestabilnej sytuacji i kilku innych rzeczy, które niekiedy uwierają nas w egzystencji w XXI wieku. Zazwyczaj jednak nastrój marzycielsko przygodowy kończy się wraz ze wspomnieniem wojen, tortur, polowań na czarownice, obecności morowego powietrza, ścieków płynących ulicami miast, sytuacji chłopów pańszczyźnianych, a także przeciętnej rodziny ze sporą gromadką dzieci tłoczącej się w jednej chacie wraz ze zwierzętami zagrodowymi. Przy tym obecna patodeweloperka przypomina niekiedy przestronne apartamenty!

A jeśli ktoś pokusi się o podróż w jeszcze dalszą przeszłośc i podniesie argument, że starożytni Rzymianie byli bardziej cywilizowani, to przypomnę, że poza akweduktami, systemami kanalizacji i łaźniami mieli również rozpowszechnione niewolnictwo a wykorzystywanie ołowiu do produkcji wina, kremów, naczyń codziennego użytku i rur wodociągowych, nawet jeśli nie spowodowało upadku imperium, to na pewno nie wpływało pozytywnie na zdrowie obywateli.

Przywileje i uciążliwości naszych czasów, czyli zawsze jest "jakoś"

Patrząc nie przez pryzmat uciążliwości dnia codziennego, lecz rodzajów zagrożeń, z jakimi na przestrzeni wieków mierzyła się ludzkość, możemy powiedzieć, że żyjemy w stosunkowo spokojnych i bezpiecznych czasach. Przynajmniej w krajach pierwszego świata mało kto umiera z powodu przeziębienia czy zapalenia pęcherza, gorsze zbiory są problematyczne dla rolników, ale nie stanowią póki co zagrożenia dla przetrwania społeczności, a my - mimo wielu ograniczeń, w tym finansowych - mamy jednak stosunkowo dużą swobodę działania i stosunkowo sporo praw.

Przyjmując z kolei bardziej filozoficzną perspektywę, możemy orzec, że zawsze były takie czasy, które miały swoje plusy i minusy; czasy pod pewnymi względami lepsze, a pod innymi gorsze od innych. Każda epoka miała swoje wyzwania i nadzieje. A w naszych czasach nadzieją i wyzwaniem w jednym jest dynamiczny rozwój technologii.

Technologii, która wiele rzeczy upraszcza, jednak to, w jakim tempie się rozwija, stanowi kolejny sprawdzian, przed którym stajemy jako ludzkość i przed którym staje każdy z nas. I nie ma sensu grać na emocjach, widzieć w technologii cudotwórcę i zbawcę z jednej strony, a z drugiej demona, wysłanego z najgłębszych czeluści piekieł, dla naszej zagłady lub narzędzie powszechnego rozstroju psychofizycznego. A czasem, czytając sensacyjne książki czy artykuły zwolenników i przeciwników powyższych tez, można odnieść wrażenie, że jesteśmy na wojnie cyfrowej - zmienia się tylko wróg obecny w narracji.

Technologia jako narzędzie i żonglowanie perspektywą

W gruncie rzeczy z technologią jest jak z nożem i każdym innym przedmiotem czy narzędziem, które może być jednocześnie pomocne w pewnych kontekstach a w innych stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia. To, czy dane narzędzie będzie nam pomocne, czy nam zaszkodzi, zależy od tego, co my z nim zrobimy - jako jednostki i jako społeczeństwa.

Ponieważ jednak nie mamy na sali (raczej) drugiego Jeffa Bezosa, Elona Muska, Billa Gatesa czy Linusa Torvaldsa (ani Rafała Brzoski), słowem - ludzi, którzy mają nieco większy wpływ na społeczeństwa niż my, skupmy się na naszej strefie wpływu - na samych sobie.

Jednym z efektów ubocznych rozwoju cyfrowego świata, który zauważam, jest to, że mamy coraz więcej okazji, by pokazywać palcem na innych. Ktoś tworzy medialny klimat, który jest mniej lub bardziej sprzyjający, ktoś inny tworzy produkt czy usługę, bez której nie możemy się obejść, ktoś tworzy bezduszne prawo, a jako ta wisienka na torcie my nie możemy się wylogować z pracy (bo szef nie pozwala), a nasi bliscy nie mogą się wylogować z komórki, bo przecież to, co w komórce, jest ciekawsze od tego paskudnego świata i to wina influencerów, twórców treści i tego, że sama komórka istnieje. Jak to mawiał z przekąsem mój pierwszy trener ze sportowych czasów - winni są inni!

I tu pierwsza niespodzianka - mimo wszystko sporo zależy od tego, w jaki sposób będziemy dobierać media, których słuchamy, narzędzia, z których na co dzień korzystamy, co czego będzie nam ta cała technologia służyć i jak zaplanujemy korzystanie z niej. A przede wszystkim - jak zaplanujemy życie poza technologiczne, czy będziemy budować umiejętności by sobie z nim radzić bez technologicznego znieczulenia, czy będziemy mieć takie aktywności dla których poczujemy, że warto podjąć wysiłek odłożenia na jakiś czas telefonu czy komputera.

Czy rzeczywiście musimy być "alaways on" (zawsze dostępni)?

Zarówno zawodowo jak i prywatnie możemy też ulegać złudzeniu, że "musimy" z tej technologii korzystać. Że musimy być pod telefonem, pod mailem, że bez nas praca firmy stanie a świat się zawali. Realnie patrząc, jest bardzo niewiele sytuacji, gdy tak jest, a sporo im podobnych mogłoby wyeliminować lepsze planowanie pracy, na co my nie zawsze mamy wpływ. Pytanie brzmi, czy musimy ponosić tego konsekwencje i wchodzić w sytuację, gdzie życie zawodowe tak miesza się z prywatnym, że z czasem trudno znaleźć granicę... ale o tym jeszcze będziemy mówić w tym podcaście.

Niezależnie od źródła naszych utrapień technicznych, skala adaptacji do tego, co oferuje technika sprawia, że na ten moment czasem ciężko sobie wyobrazić życie nie tyle bez lodówki, odkurzacza czy pralki, co bez social mediów (z których coraz częściej czerpiemy informacje), skrzynki mailowej, najlepiej podpiętej do smartfona, a poza tym - bezprzewodowych słuchawek, filmów, podcastów i wszelkiej innej rozrywki na życzenie, oraz ChataGPT lub innego narzędzia, które pomoże napisać maila, kod aplikacji, zrobić burzę mózgów lub dodać kreatywną iskrę do treści na social media, o grafikach czy filmach nie wspominając. Jeśli już nawet nasi rodzice czy dziadkowie zaczynają korzystać z AI to znaczy, że naprawdę rewolucja trwa - a nasze poczucie, co jest nam niezbędne do życia i w jakiej formie po to sięgnąć, będzie w toku tej rewolucji również ewoluowało.

Powódź informacji, tęsknota za papierową gazetą i złudna oszczędność

Niech dobrą ilustracją tego, jak zmieniają się nasze wyobrażenia, potrzeby i przyzwyczajenia będzie to, w jaki sposób czerpiemy wiedzę o otaczającym nas świecie. Zjawisko baniek informacyjnych nie jest już nam obce, a na stronie NASK można znaleźć artykuł, w którym przytoczone statystyki pokazują, że już w 2016 r. 50% Amerykanów w wieku 18-29 przyznawało, że większość wiadomości czerpią z social media. Tylko 27% dodatkowo oglądało dzienniki telewizyjne, a jedynie 5% czytało gazety. Z kolei raport CBOS z 2023 roku pokazuje, że w Polsce informacje o tym, co się dzieje w Polsce i na świecie, czerpiemy wciąż głównie z telewizji: 49%, ale na drugim miejscu jest internet (37%), pozostałe media są daleko w tyle. Radio: 6% i prasa: 1%. Można wspominać z łezką w oku czas, gdy na wakacjach biegało się do kiosku po gazetę...

I możemy, nawet częściowo słusznie, zwalić winę za taki stan rzeczy na ewolucję, która sprawiła, że nasz mózg szuka takich dróg, by to, co trzeba zrobić, zrobić, ale się nie narobić - ergo zaoszczędzić cenną energię. Po co tracić godzinę na rozmowę telefoniczną, jak można napisać maila (a nuż to załatwi problem). Po co szukać w sieci, jak można poprosić o pomoc ChataGPT, po co jechać do sklepu, biura czy urzędu, jak znów - sporo spraw można załatwić online. Po co iść po gazetę czy kupować radio, gdy wszystko jest dostępne w sieci. W korzystaniu z narzędzi, by ułatwić sobie życie w wielu obszarach, jeszcze nie ma zagrożenia, o ile robimy to w sposób rozsądny.

Gorzej, że sami nie zauważamy, jak zaczynamy się w tej "czasowej oszczędności" gubić. Z jednej strony tak, mniej czasu tracimy na rzeczy nudne jak flaki z olejem lub wręcz podnoszące ciśnienie, jak stanie w kolejce czy rozmowy z nielubianym kolegą z pracy. Z drugiej jednak tracimy okazje, by się nudzić (a nuda jest niezbędna do kreatywności). Coraz mniej się ruszamy, a nie zawsze uzupełniamy naszą codzienną potrzebę ruchu poprzez spacer czy inną aktywność fizyczną. Wreszcie - czas zaoszczędzony offline często beztrosko trwonimy online.

Po czym więc poznać, że trochę zaczynamy się mijać z rozsądkiem i równowagą, a zaczynamy wsiąkać tak, że ciało i mózg wołają o więcej cyberzdrowia?

Ostrzegawcze lampki i chwila szczerości wobec siebie

Portal Gov.pl jako przykłady negatywnych skutków braku higieny cyfrowej podaje problemy ze snem, stres cyfrowy, zaniedbanie obowiązków czy problemy z koncentracją.

Fundacja Dbam o mój zasięg podaje jeszcze szereg innych konsekwencji, na przykład: przemęczenie, niewyspanie, pogorszenie stanu zdrowia (np. wzroku), spadek efektywności pracy, syndrom FOMO i postawa „always on”, cyberprzemoc i seksting, wycofanie z kontaktów, pogorszenie relacji z bliskimi. Możemy się dowiedzieć też, że brak higieny cyfrowej może mieć wpływ na wypalenie zawodowe, co biorąc pod uwagę cyfryzację naszej pracy nie brzmi nierealnie.

No dobrze, ale możemy przecież czuć się przemęczeni z innych powodów (moje ostatnie odkrycie - problemy ze snem może wywoływać nadmiar witaminy B6 i tu detoks cyfrowy nie wiele pomoże). Jak więc sprawdzić, czy to, czego doświadczamy, może mieć związek ze światem wirtualnym?

Tu z pomocą przychodzą kwestionariusze. Jeden od Fundacji Dbam o mój zasięg, a drugi od Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa. Będą one pomocne w przyjrzeniu się własnym nawykom i mogą być pomocne w określeniu, czy to już jest moment, by wrzucić więcej zasobów do worka z napisem "cyfrowe zdrowie".

I tu liczy się szczerość. Wyniki są wynikami dla Ciebie, a nie dla pochwalenia się w socialach czy przed rodziną, że "przecież nie jest jeszcze tak źle". Alternatywnie - pomyśl, czy w trakcie jedzenia jesz czy przy okazji jeszcze czytasz coś na komórce? Albo jak mi spieszy Ci się tak, że posiłek jesz przed komputerem? Czy jak nie weźmiesz komórki do toalety, to czujesz niepokój? Czy nowe powiadomienie wyskakujące na ekranie sprawia, że tracisz wątek w rozmowie i sprawdzasz, co nowego się wydarzyło? A może przed zaśnięciem robisz sobie sesję scrollowania ulubionych mediów społecznościowych?

Pytam Was, ale też pytam siebie - bo sam fakt, że wiem, czym jest higiena cyfrowa wcale nie sprawia, że sama nie potrzebuję nad nią popracować!

Mózg, który wciąż może się zmieniać - kilka słów o neuroplastyczności

No dobra, ale jeśli ewolucyjne mechanizmy mogą podkopywać moje działania, to co mogę zrobić?

Nasz mózg wciąż ma supermoc pod tytułem "neuroplastyczność", która nie objawia się magicznie dopiero wtedy, gdy mamy wylew i mózg jej potrzebuje, byśmy mogli wrócić do w miarę normalnego funkcjonowania, lecz towarzyszy nam na co dzień. To właśnie ona odpowiada za to, że nasza nauka nie idzie w las, tylko osadza się w mózgu pod postacią nowych połączeń neuronalnych, a nasze nawyki nie są wykute w skale, i choć nie zawsze są tak proste w kształtowaniu jak plastelina, to jednak da się w nich łatwiej rzeźbić niż w kamieniu.

Jest więc nadzieja. Zanim jednak zaczniemy sięgać po neuroplastyczność, czas na eksperyment z zauważaniem!

W zakładce Higiena Cyfrowa znajdziecie przykładową kartę pracy, którą możecie wydrukować bądź wykorzystać w formie cyfrowej. Pomoże Wam ona popatrzeć na Wasze nawyki związane z korzystaniem z technologii. Zachęcam, by do kolejnego odcinka podcastu zainwestować nieco czasu w jej wypełnienie by zobaczyć, w jaki sposób korzystamy z technologii na co dzień. Przyda się to nam na dalszej drodze do budowania cyfrowego zdrowia.

Dum spiro, spero - dopóki oddycham, jest nadzieja

Zawsze będziemy mieli na co narzekać, niezależnie od tego, jakie są czas - tak więc zamiast skupiać się na uzasadnianiu tezy, że nasi przodkowie mieli lepiej (ewentualnie - nasze dzieci i wnuki lepiej mieć będą) - warto skorzystać ze zdolności adaptacji i uczenia się.

W cyfrowym świecie sporo rozwiązań ułatwia nam życie, jednak nie oznacza to, że nie istnieje ryzyko wpadnięcia w cyfrowe maliny. Przesadzenie z korzystaniem z technologii może się przydarzyć każdemu na różnych etapach życia.

Zanim jednak załamiemy się warto pamiętać, że mamy spory wpływ na to, w jaki sposób funkcjonujemy na co dzień. Żeby rozpocząć tę podróż, potrzebujemy dużej dozy szczerości wobec siebie oraz trochę czasu, by przyjrzeć się, w jaki sposób korzystamy z technologii.

I to tyle na dziś. Czas przyjrzeć się z, uwaga, bo to ważne! z: zaciekawieniem i bez dodatkowego samobiczowania, jak korzystamy z technologii na co dzień. Do usłyszenia za dwa tygodnie! Lena Sędkiewicz.

Podcast w wersji audio

Na kanale YT Not The Hidden Wiki znajdziesz wszystkie odcinki podcastu. A pod tym linkiem przesłuchasz odcinek drugi.